sobota, 21 listopada 2015


 - Kochanie, jadę do sklepu. Kupić ci coś? - zapytała Emily nieśmiało zaglądając do salonu. Nawet nie zauważyłam kiedy wstała. Podniosłam wzrok znad książki.
 - Pojadę z tobą. W końcu został mi tydzień wakacji. Muszę kupić potrzebne rzeczy. - westchnęłam, odłożyłam lekturę na stolik i wstałam.
 Weszłyśmy do dużego, białego budynku. Nad drzwiami wysiał wielki napis FOODLAND. Ciekawa nazwa. Rozsuwane drzwi otworzyły się, a mnie uderzyło chłodne powietrze. Na dworze było co najmniej 30 stopni Celsjusza, więc to była najprzyjemniejsza rzecz jaka mnie dzisiaj spotkała. Przeciskając się między półkami z jedzeniem, dotarłam do działu z artkułami papierniczymi. Była to najmniejsza część sklepu, biorąc pod uwagę, że ludzie przychodzili tu głównie po jedzenie. Wybierałam kilka zeszytów, długopisów i ołówek. Ruszyłam przed siebie z nadzieją, że gdzieś niedaleko spotkam mamę. W coś uderzyłam. Albo w kogoś...
 - Ała! - krzyknęła dziewczyna i spojrzała na mnie.
 - Przepraszam. - wymamrotałam.
 - Nic się nie stało - potarła ramię. - Jesteś nowa w miasteczku?
 - Tak. Jessie. - wyciągnęłam rękę.
 - Mary - uśmiechnęła się i uścisnęła moją dłoń. - Chciałabym pogadać ale spieszę się. Wybacz.
 - Spoko, nie martw się. Jakoś sobie poradzę. - mrugnęłam do niej.
 - Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy i będziemy mogły bliżej poznać.
 - Też mam taką nadzieję. - uśmiechnęłam się. Mówiłam szczerze, chociaż tak nie wyglądało. Nie miałam humoru, a Mary wydawała się sympatyczna. Byłam w mieście dopiero dwa dni i nie wiedziałam za bardzo jak wygląda tu życie. Caramel Street była małą wioską. Dotychczas mieszkałam w Nowym Yorku, a to wielkie miasto w porównaniu z miasteczkiem, którego nie znalazłam nawet na mapach turystycznych, było czymś zupełnie nowym. Mieściło się tu sporo zabytków ale żadnych zwiedzających tu nie było. Otrząsnęłam się.
 - O.. Idę! - krzyknęła ze złością dziewczyna.
 - Kto to? - zapytałam.
 - Ah.. to mój brat - Daniel. Idiota. Szkoda gadać. Lecę. Trzymaj się. - powiedziała tak szybko, że ledwo zrozumiałam. I równie szybko odeszła.
 - Do zobaczenia! - krzyknęłam za nią. Odwróciła się, uśmiechnęła i pomachała.
 - O, jaka miła niespodzianka. Gadałaś z Mary Thompson? Mała, Poważnie? - usłyszałam za sobą znajomy, męski głos. Max. Odwróciłam się.
 - Nie twoja sprawa, duży - podeszłam bliżej i przyłożyłam oskarżycielsko palec na jego piersi. - Nie ładnie wtrącać się w nie swoje sprawy, wiesz?
 - Serio? A co ty wczoraj zrobiłaś? - uśmiechnął się. Patrzył na mnie z góry. Był o głowę wyższy. Uniosłam brwi.
 - Ja? Próbowałam nie dopuścić do rozlewu krwi. - przycisnęłam mocniej palec po czym zdjęłam go z jego koszulki.
 - Coś ci nie wyszło. - podszedł o krok bliżej. Czubki naszych butów stykały się, a on patrzył mi w oczy z rozbawieniem. Odsunęłam się od niego.
 - Nie twierdziłam, że mi się uda - po chwili dodałam - Muszę już iść. - odwróciłam się ale złapał mnie za łokieć. Spojrzał na mnie błagalnie. Wziął ode mnie zeszyty i ruszył do kasy.
 - Idziesz? - stanął i zapytał.
 - Miałam na myśli, że idę poszukać mamy. SAMA. - założyłam ręce na piersi.
 - Jezu, znowu to robisz.
 - Co?
 - Starasz się mnie pozbyć. A ja chciałem być miły. - odwrócił głowę teatralnie i udawał płacz. Podeszłam do niego, poklepałam po plecach z udawanym współczuciem i zabrałam zeszyty.
 - Wybacz. Twoje towarzystwo jest mi zbędne, Romeo.
 - Cóż za blask strzelił tam z okna? - wyciągnął do mnie rękę i lekko kucnął.
 - Wstawaj. Ludzie się gapią. - szepnęłam.
 - Co mnie obchodzą inni? - podszedł do mnie. Stał tak blisko, że czułam jego zapach.
 - Ciebie nie, ale mnie tak. - odsunęłam się i uśmiechnęłam z drwiną.
 - No przecież. Musisz sobie wyrobić reputację. 
 - Nie... po prostu nie lubię być w centrum uwagi. O! Mamo! Chyba mnie nie słyszy. Max, pogadamy później. - ruszyłam jak najszybciej w stronę kasy.
 - Dzisiaj. - ledwo usłyszałam.
 - Jutro. - poprawiłam, ale nie wiem czy mnie usłyszał.
 Wyszłyśmy ze sklepu z rękami pełnymi toreb. Wrzuciłyśmy je do bagażnika i wyjechałyśmy z parkingu.
 - Widziałam, że rozmawiasz z jakąś dziewczyną. - zaczęła Emily.
 - Tak, ma na imię Mary. Wydaje się być miła. Może znalazłam przyjaciółkę?
 - Może. - uśmiechnęła się mama.
 - Trudno mi się przyzwyczaić. Ludzie tu zachowują się... inaczej.
 - Córciu, tu jest zupełnie inne życie. Zawsze zmiany są trudne, ale bez nich życie byłoby nudne. Poznasz tu wielu ludzi, którzy będą się zachowywać zupełnie inaczej niż osoby w Nowym Yorku.
 - Ale to jest ciężkie. Nie wiem, czy uda mi się przyzwyczaić.
 - Uda ci się - uśmiechnęła się do mnie. - Pamiętaj, że jak będziesz czuć się samotna lub nieszczęśliwa, to masz mnie. Zawszę będę przy tobie.
 - Wiem mamo. Kocham cię.
 - Ja ciebie też. - powiedziała.
 Wyciągnęłyśmy zakupy i ruszyłyśmy kamienną ścieżką do frontowych drzwi.
 - A ten Max, podoba ci się?
 - Mamo... - westchnęłam. - Znamy się od wczoraj. Traktuję go jak kolegę i niech tak zostanie.
 - No dobrze. Mam do ciebie prośbę.
 - Jaką?
 - Mogłabyś go zaprosić na kolację? Chciałabym go poznać. W końcu jest twoim "kolegą". - zaznaczyła w powietrzu cudzysłów palcami, po tym jak odłożyła torby, żeby wyjąć klucz z kieszeni.
 - Właściwie to sam chciał przyjść o 18:00. Ale powiedziałam mu, że dzisiaj nie mogę. - weszłam za nią do domu.
 - Teraz już możesz.
 - Ale mamo...
 - Córciu, nie narzekaj. W końcu jest pierwszą osobą, którą poznałaś.
 - I co z tego?
 - Może okazać się twoim najlepszym przyjacielem. No chyba, że dalej będziesz go spławiać. - zaśmiała się.
 - Dobra, ale to pierwszy i ostatni raz kiedy go tu zapraszam na kolację.
 - Oczywiście. - powiedziała Emily ze śmiechem.
 Po rozpakowaniu zakupów, wyjęłam telefon z kieszeni spodni i wybrałam numer Max'a : "Moja mama koniecznie chce, żebyś przyszedł do nas na kolacje...". Odpowiedź przyszła niemal natychmiast: "Jesteś pewna, że to Twoja mama chce, żebym przyszedł?". Spojrzałam na zegar, który wskazywał 16:15. "18:00????" napisałam. "OK.". Wsunęłam telefon z powrotem do spodni i poczułam wibracje. Westchnęłam. Max.. "Włóż coś ładnego.". Oczywiście. Czego mogłam się spodziewać? Odpisałam: "Nie zapomnij mózgu.". Wyskoczyła wiadomość: "Dla Ciebie wszystko, mała". Położyłam telefon na stole.
 
* * *
 
 - Cholera. - zaklęłam pod nosem. Miałam założyć coś ładnego? Przeszukałam całą walizkę i nie znalazłam nic, co nadawałoby się na dzisiejszy wieczór. Ostatecznie wybrałam Czarną, luźną, długą bluzkę z napisem NIRVANA i ciemnie dżinsy. - Nie jest najgorzej... - stwierdziłam, przeglądając się w lustrze. Włosy... Szybkim krokiem ruszyłam w stronę łazienki. Rozczesałam je i lekko natapirowałam na czubku głowy, żeby nadać im objętości. Nałożyłam delikatny makijaż i zbiegłam po schodach. Weszłam do kuchni. Stanęłam w drzwiach. Mama kładła na stole jedzenie i rozmawiała z Max'em. Nie wiedziałam, że już przyszedł.
 - O.. już jesteś. - zaczęłam i niepewnym krokiem podeszłam no stołu.
 - Już po 18:00. Jestem punktualny. Zapamiętaj. - uśmiechnął się.
 - Siadaj Jess. - pokazała mi krzesło mama. Chcę siedzieć koło niego? Nie, dzięki. Zajęłam miejsce koło mamy.
 - Tylko uważaj. To krzesło jest trochę popsute. Miałam je oddać do naprawy ale... - przerwała. Spojrzała na mnie ze strachem. Leżałam na podłodze.
 - Głupie krzesło - podniosłam się i otrzepałam - To było aż tak śmieszne? - spojrzałam ze złością na Max'a. Jego to najwidoczniej bawiło.
 - Trochę. Nic ci nie jest?
 - Nie. Ale pozwolicie, że was na chwilę opuszczę. - wyszłam z kuchni i ruszyłam schodami do pokoju. Podczas upadku najbardziej zabolał mnie brzuch. Ale przecież upadłam na plecy... Podciągnęłam koszulkę.
 - Cholera... - wymamrotałam. Na środku brzucha miałam gi-gan-ty-czne-go siniaka.
 - O cholera - usłyszałam czyjś głos. W drzwiach stał Max. Patrzył na moje odbicie z niedowierzaniem - Wiesz, że wyglądasz nawet seksownie. - uśmiechnął się.
 - Zamknij się. Myślisz, że to od wczorajszego wypadku?
 - Możliwe.
 Dotknęłam fioletowej plamy i jęknęłam.
 - Jezu, jak ja wyglądam. W ogóle... wyjdź stąd! - pisnęłam. Podeszłam do niego, odepchnęłam go od drzwi i zatrzasnęłam je. Max nacisnął na klamkę.
 - Jess... wpuść mnie.
 Klucz. Był w zamku. Przekręciłam go.
 - Odejdź. Sprawiasz same problemy. Muszę się ogarnąć.
 - Wszystko OK?
 - Tak.
 - Na pewno?
 - Nie. Czuję się jak gówno, jestem brzydka, mam problemy z trądzikiem i jak byłam mała to porwali mnie kosmici. - krzyknęłam.
 - Nie bądź sarkastyczna.
 Nie odpowiedziałam. Po dwóch minutach usłyszałam, że schodzi po schodach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz