- Kochanie, jadę do sklepu. Kupić ci coś? - zapytała Emily nieśmiało zaglądając do salonu. Nawet nie zauważyłam kiedy wstała. Podniosłam wzrok znad książki.
- Pojadę z tobą. W końcu został mi tydzień wakacji. Muszę kupić potrzebne rzeczy. - westchnęłam, odłożyłam lekturę na stolik i wstałam.
Weszłyśmy do dużego, białego budynku. Nad drzwiami wysiał wielki napis FOODLAND. Ciekawa nazwa. Rozsuwane drzwi otworzyły się, a mnie uderzyło chłodne powietrze. Na dworze było co najmniej 30 stopni Celsjusza, więc to była najprzyjemniejsza rzecz jaka mnie dzisiaj spotkała. Przeciskając się między półkami z jedzeniem, dotarłam do działu z artkułami papierniczymi. Była to najmniejsza część sklepu, biorąc pod uwagę, że ludzie przychodzili tu głównie po jedzenie. Wybierałam kilka zeszytów, długopisów i ołówek. Ruszyłam przed siebie z nadzieją, że gdzieś niedaleko spotkam mamę. W coś uderzyłam. Albo w kogoś...
- Ała! - krzyknęła dziewczyna i spojrzała na mnie.
- Przepraszam. - wymamrotałam.
- Nic się nie stało - potarła ramię. - Jesteś nowa w miasteczku?
- Tak. Jessie. - wyciągnęłam rękę.
- Mary - uśmiechnęła się i uścisnęła moją dłoń. - Chciałabym pogadać ale spieszę się. Wybacz.
- Spoko, nie martw się. Jakoś sobie poradzę. - mrugnęłam do niej.
- Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy i będziemy mogły bliżej poznać.
- Też mam taką nadzieję. - uśmiechnęłam się. Mówiłam szczerze, chociaż tak nie wyglądało. Nie miałam humoru, a Mary wydawała się sympatyczna. Byłam w mieście dopiero dwa dni i nie wiedziałam za bardzo jak wygląda tu życie. Caramel Street była małą wioską. Dotychczas mieszkałam w Nowym Yorku, a to wielkie miasto w porównaniu z miasteczkiem, którego nie znalazłam nawet na mapach turystycznych, było czymś zupełnie nowym. Mieściło się tu sporo zabytków ale żadnych zwiedzających tu nie było. Otrząsnęłam się.
- O.. Idę! - krzyknęła ze złością dziewczyna.
- Kto to? - zapytałam.
- Ah.. to mój brat - Daniel. Idiota. Szkoda gadać. Lecę. Trzymaj się. - powiedziała tak szybko, że ledwo zrozumiałam. I równie szybko odeszła.
- Do zobaczenia! - krzyknęłam za nią. Odwróciła się, uśmiechnęła i pomachała.
- O, jaka miła niespodzianka. Gadałaś z Mary Thompson? Mała, Poważnie? - usłyszałam za sobą znajomy, męski głos. Max. Odwróciłam się.
- Nie twoja sprawa, duży - podeszłam bliżej i przyłożyłam oskarżycielsko palec na jego piersi. - Nie ładnie wtrącać się w nie swoje sprawy, wiesz?
- Serio? A co ty wczoraj zrobiłaś? - uśmiechnął się. Patrzył na mnie z góry. Był o głowę wyższy. Uniosłam brwi.
- Ja? Próbowałam nie dopuścić do rozlewu krwi. - przycisnęłam mocniej palec po czym zdjęłam go z jego koszulki.
- Coś ci nie wyszło. - podszedł o krok bliżej. Czubki naszych butów stykały się, a on patrzył mi w oczy z rozbawieniem. Odsunęłam się od niego.
- Nie twierdziłam, że mi się uda - po chwili dodałam - Muszę już iść. - odwróciłam się ale złapał mnie za łokieć. Spojrzał na mnie błagalnie. Wziął ode mnie zeszyty i ruszył do kasy.
- Idziesz? - stanął i zapytał.
- Miałam na myśli, że idę poszukać mamy. SAMA. - założyłam ręce na piersi.
- Jezu, znowu to robisz.
- Co?
- Starasz się mnie pozbyć. A ja chciałem być miły. - odwrócił głowę teatralnie i udawał płacz. Podeszłam do niego, poklepałam po plecach z udawanym współczuciem i zabrałam zeszyty.
- Wybacz. Twoje towarzystwo jest mi zbędne, Romeo.
- Cóż za blask strzelił tam z okna? - wyciągnął do mnie rękę i lekko kucnął.
- Wstawaj. Ludzie się gapią. - szepnęłam.
- Co mnie obchodzą inni? - podszedł do mnie. Stał tak blisko, że czułam jego zapach.
- Ciebie nie, ale mnie tak. - odsunęłam się i uśmiechnęłam z drwiną.
- No przecież. Musisz sobie wyrobić reputację.
- Nie... po prostu nie lubię być w centrum uwagi. O! Mamo! Chyba mnie nie słyszy. Max, pogadamy później. - ruszyłam jak najszybciej w stronę kasy.
- Dzisiaj. - ledwo usłyszałam.
- Jutro. - poprawiłam, ale nie wiem czy mnie usłyszał.
Wyszłyśmy ze sklepu z rękami pełnymi toreb. Wrzuciłyśmy je do bagażnika i wyjechałyśmy z parkingu.
- Widziałam, że rozmawiasz z jakąś dziewczyną. - zaczęła Emily.
- Tak, ma na imię Mary. Wydaje się być miła. Może znalazłam przyjaciółkę?
- Może. - uśmiechnęła się mama.
- Trudno mi się przyzwyczaić. Ludzie tu zachowują się... inaczej.
- Córciu, tu jest zupełnie inne życie. Zawsze zmiany są trudne, ale bez nich życie byłoby nudne. Poznasz tu wielu ludzi, którzy będą się zachowywać zupełnie inaczej niż osoby w Nowym Yorku.
- Ale to jest ciężkie. Nie wiem, czy uda mi się przyzwyczaić.
- Uda ci się - uśmiechnęła się do mnie. - Pamiętaj, że jak będziesz czuć się samotna lub nieszczęśliwa, to masz mnie. Zawszę będę przy tobie.
- Wiem mamo. Kocham cię.
- Ja ciebie też. - powiedziała.
Wyciągnęłyśmy zakupy i ruszyłyśmy kamienną ścieżką do frontowych drzwi.
- A ten Max, podoba ci się?
- Mamo... - westchnęłam. - Znamy się od wczoraj. Traktuję go jak kolegę i niech tak zostanie.
- No dobrze. Mam do ciebie prośbę.
- Jaką?
- Mogłabyś go zaprosić na kolację? Chciałabym go poznać. W końcu jest twoim "kolegą". - zaznaczyła w powietrzu cudzysłów palcami, po tym jak odłożyła torby, żeby wyjąć klucz z kieszeni.
- Właściwie to sam chciał przyjść o 18:00. Ale powiedziałam mu, że dzisiaj nie mogę. - weszłam za nią do domu.
- Teraz już możesz.
- Ale mamo...
- Córciu, nie narzekaj. W końcu jest pierwszą osobą, którą poznałaś.
- I co z tego?
- Może okazać się twoim najlepszym przyjacielem. No chyba, że dalej będziesz go spławiać. - zaśmiała się.
- Dobra, ale to pierwszy i ostatni raz kiedy go tu zapraszam na kolację.
- Oczywiście. - powiedziała Emily ze śmiechem.
Po rozpakowaniu zakupów, wyjęłam telefon z kieszeni spodni i wybrałam numer Max'a : "Moja mama koniecznie chce, żebyś przyszedł do nas na kolacje...". Odpowiedź przyszła niemal natychmiast: "Jesteś pewna, że to Twoja mama chce, żebym przyszedł?". Spojrzałam na zegar, który wskazywał 16:15. "18:00????" napisałam. "OK.". Wsunęłam telefon z powrotem do spodni i poczułam wibracje. Westchnęłam. Max.. "Włóż coś ładnego.". Oczywiście. Czego mogłam się spodziewać? Odpisałam: "Nie zapomnij mózgu.". Wyskoczyła wiadomość: "Dla Ciebie wszystko, mała". Położyłam telefon na stole.
* * *
- Cholera. - zaklęłam pod nosem. Miałam założyć coś ładnego? Przeszukałam całą walizkę i nie znalazłam nic, co nadawałoby się na dzisiejszy wieczór. Ostatecznie wybrałam Czarną, luźną, długą bluzkę z napisem NIRVANA i ciemnie dżinsy. - Nie jest najgorzej... - stwierdziłam, przeglądając się w lustrze. Włosy... Szybkim krokiem ruszyłam w stronę łazienki. Rozczesałam je i lekko natapirowałam na czubku głowy, żeby nadać im objętości. Nałożyłam delikatny makijaż i zbiegłam po schodach. Weszłam do kuchni. Stanęłam w drzwiach. Mama kładła na stole jedzenie i rozmawiała z Max'em. Nie wiedziałam, że już przyszedł.
- O.. już jesteś. - zaczęłam i niepewnym krokiem podeszłam no stołu.
- Już po 18:00. Jestem punktualny. Zapamiętaj. - uśmiechnął się.
- Siadaj Jess. - pokazała mi krzesło mama. Chcę siedzieć koło niego? Nie, dzięki. Zajęłam miejsce koło mamy.
- Tylko uważaj. To krzesło jest trochę popsute. Miałam je oddać do naprawy ale... - przerwała. Spojrzała na mnie ze strachem. Leżałam na podłodze.
- Głupie krzesło - podniosłam się i otrzepałam - To było aż tak śmieszne? - spojrzałam ze złością na Max'a. Jego to najwidoczniej bawiło.
- Trochę. Nic ci nie jest?
- Nie. Ale pozwolicie, że was na chwilę opuszczę. - wyszłam z kuchni i ruszyłam schodami do pokoju. Podczas upadku najbardziej zabolał mnie brzuch. Ale przecież upadłam na plecy... Podciągnęłam koszulkę.
- Cholera... - wymamrotałam. Na środku brzucha miałam gi-gan-ty-czne-go siniaka.
- O cholera - usłyszałam czyjś głos. W drzwiach stał Max. Patrzył na moje odbicie z niedowierzaniem - Wiesz, że wyglądasz nawet seksownie. - uśmiechnął się.
- Zamknij się. Myślisz, że to od wczorajszego wypadku?
- Możliwe.
Dotknęłam fioletowej plamy i jęknęłam.
- Jezu, jak ja wyglądam. W ogóle... wyjdź stąd! - pisnęłam. Podeszłam do niego, odepchnęłam go od drzwi i zatrzasnęłam je. Max nacisnął na klamkę.
- Jess... wpuść mnie.
Klucz. Był w zamku. Przekręciłam go.
- Odejdź. Sprawiasz same problemy. Muszę się ogarnąć.
- Wszystko OK?
- Tak.
- Na pewno?
- Nie. Czuję się jak gówno, jestem brzydka, mam problemy z trądzikiem i jak byłam mała to porwali mnie kosmici. - krzyknęłam.
- Nie bądź sarkastyczna.
Nie odpowiedziałam. Po dwóch minutach usłyszałam, że schodzi po schodach.
- Jess... wpuść mnie.
Klucz. Był w zamku. Przekręciłam go.
- Odejdź. Sprawiasz same problemy. Muszę się ogarnąć.
- Wszystko OK?
- Tak.
- Na pewno?
- Nie. Czuję się jak gówno, jestem brzydka, mam problemy z trądzikiem i jak byłam mała to porwali mnie kosmici. - krzyknęłam.
- Nie bądź sarkastyczna.
Nie odpowiedziałam. Po dwóch minutach usłyszałam, że schodzi po schodach.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz